w ubiegłym roku, w grudniu, zaczęłam odczuwać miłość. w ciele. z przerwami. dążyłam do odczuwania miłości, ale nie zawsze umiałam. w Kościele jest taka energia, ale do Kościoła lepiej chodzić w przerwach pomiędzy mszami :) po pierwsze nikt nie podsysa energii, po drugie nie słyszy sie głupot wygadywanych przez księży no i po trzecie można sie lepiej skupić na tym, co istotne. szkoad tylko, że nie można zaczerpnąć światłości poprzez komunię.
rozmawialiśmy sobie z moim 7-latkiem o różnych świętych ale w którymś momencie on spytał o Chrystusa na krzyżu. dlaczego tam wisi. powiedziała mu, że według mnie nie powinien wisieć, bo przecież zdjeto Go z krzyża i potem zmartwychwstał, więc po co Go wciąż tam wieszać, ale dodałam, że ja sobie tłumaczę to tak: jak widzę Go to przypominam sobie, że poprzez śmierć i zmartwychwstanie pokazał nam, że po śmierci istnieje życie. no i mój synek pokłonił sie głową do ziemi (bo klęczeliśmy) i powiedział Mu "dziękuję"
dla mnie to było niesamowite przeżycie.
ale do Kościoła na mszę i tak nie chodzę. może kiedyś. nie chcę dać się znów wpędzić w poczucie winy, grzech, poczucie niskiej wartości, lęk czyli to wszystko, co w rzeczywistości oddziela człowieka od Boga. do Boga zbliża miłość do siebie i innych, przebaczenie, wyrozumiałość, wdzięcznośc, radość a tego nie nauczyłam się pod wpływem kościoła i religii
komentarze (0) | dodaj komentarz